Uczciwy minister to były minister



"NIE" rozmawia ze STEPHENEM BYERSEM, posłem Partii Pracy, byłym sekretarzem Przemysłu i Handlu w rządzie Tony'ego Blaira, członkiem brytyjskiego rządu w latach 1998-2002.


Przybijając piątkę Leszkowi Millerowi Blair wiedział, co robi. Z Blaira taki laburzysta jak z Millera lewicowiec. W kraju Blaira, w jego macierzystej lewicowej Partii Pracy, coraz więcej ludzi zamiast piątki dałoby Blairowi w oko. Odlepiają tyłki od ministerialnych foteli i ewakuują się z blairowskiego rządu. W odruchu ratowania nie tylko własnej gęby, ale i Partii Pracy. SLD radzę wziąć przykład z angielskich przyjaciół.



- Przeszedłeś na drugą stronę barykady. Ciężko jest przestać być ministrem?

- Trudniej jest zostać ministrem.

- Nie w Polsce. Dlaczego odszedłeś z rządu?

- Głupio to zabrzmi, ale naprawdę zmieniłem zdanie. W listopadzie 1999 r. podczas konferencji Światowej Organizacji Handlu w Seattle obserwowałem z okna mojego pokoju tysiące demonstrantów. Czarni anarchiści, robotnicy, nawet babcie demonstrowali przeciwko kapitalistycznej konspiracji. Miałem ich wtedy za niedouczonych szaleńców. Teraz myślę inaczej. Jako delegat brytyjskiego rządu przekonany byłem, że liberalizacja handlu to jedyny ratunek dla państw rozwijających się, że kraje te powinny otwierać swoje rynki na międzynarodową konkurencję, że wszystko załatwi niewidzialna ręka rynku. Tylko że tę rękę ktoś dawno uciął.

- Albo świat urodził się bez tej ręki. I dlatego wypada odejść z rządu?

-Tak, bo nie można tego w pewnym momencie nie widzieć, zwłaszcza w takim kraju jak Wielka Brytania.

- Żartujesz. Nie złapali cię na łapówkarstwie albo pokątnym wydawaniu szmalu podatników?

- Teraz to ty żartujesz. Po czymś takim byłbym kompletnie spalony. Nikt nie chciałby ze mną rozmawiać, żadne media. Nie mógłbym opowiadać, jak teraz, o prawdzie światowego ładu ekonomicznego. Przez rok, od czasu opuszczenia rządu, tylko upewniłem się w swoich nowych przekonaniach. Świat, wierz mi, wygląda inaczej z ministerialnego fotela w klimatyzowanym gabinecie. Konkluzja jest taka - pełna liberalizacja handlu w krajach biednych nie jest postępem. Potrzebny jest obiektywizm, realna ocena możliwości rozwoju.

- Czyli kapitalizm is dead?

- W formie, w której aplikują go wielkie międzynarodowe korporacje -, jest absolutnie nie do przyjęcia, bo pogłębia biedę, dając krótkotrwałe, ale ogromne zyski szefom wielkich, ponadnarodowych korporacji. Handel międzynarodowy na równych warunkach ma dużo większy sens niż bezpośrednia pomoc, a nawet umarzanie części długów państw rozwijających się. Problem w tym, że państwa bogate same nie znają liberalizacji, subsydiują swoje przedsiębiorstwa i towary, eksportują je na siłę do państw biednych. Na przykład 1-procentowy wzrost udziału Afryki w światowym eksporcie przyniósłby Afrykańczykom 43 min funtów zysku, pięć razy więcej niż cała pomoc otrzymywana od krajów rozwiniętych.

- Tylko że wtedy te miliony straciłyby państwa bogate...

- Jasne. Dlatego prezydent Ugandy powiedział ostatnio, że zamiast pomocy bezpośredniej Afryka wolałaby dostać wolną rękę w konkurowaniu przy sprzedaży swoich dóbr na zachodnich rynkach. Woleliby sami wyhandlować sobie wyjście z biedy. Obserwowałem w czasie tego przemówienia twarze decydentów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego - ironiczne uśmiechy nie oznaczają chyba aprobaty... Szacunkowe badania wskazują, że reforma międzynarodowego handlu zrównująca szansę wszystkich krajów mogłaby wyciągnąć z biedy jakieś 300 min ludzi. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale bieda zaczyna dotykać coraz wyższe warstwy nawet w państwach rozwiniętych. Może dojść do tego, że będziemy głodować tonąc w świeżo wyprodukowanej żywności.

- Na razie to bogate państwa rozwinięte wykańczają biedne.

- Tak, bo subsydiują ogromnymi sumami rodzimy rynek eksportowy wypychając towary lub ich tanią produkcję do krajów rozwijających się. Te zmuszone wcześniej przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy lub Bank Światowy do liberalizacji handlu, gwałtownego otwierania własnych rynków na konkurencję są po prostu bez szans. To, co same mogłyby wytwarzać, importują od bogaczy uzależniając się od subsydiowanego eksportu państw rozwiniętych.

- Taka polityka sięga chyba roku 1945...

- Interwencjonizm państw rozwiniętych nie jest dobrem samym w sobie, przestał być okazjonalnym wspieraniem upadających branż, jak to było kiedyś w zamyśle. Istnieje, bo wspiera ustalony przez te państwa ekonomiczny ład światowy. Od razu stał się częścią ekonomii krajów bogatych i wspieranych przez nie instytucji: MFW i BŚ. Interwencjonizm w tak wybiórczej formie służy rozwijaniu silnego biznesu.

- I okradaniu państw biednych. To znaczy, że nas oszukano sącząc brednie o wolnym rynku?

- Taka droga prowadzi do destrukcji przynosząc doraźne, ale olbrzymie zyski kilku bogatym państwom i skazując na śmierć miliony ludzi na całym świecie. W pewnym momencie nie można tego nie widzieć. Każdy, kto milczy na ten temat, bierze udział w tej zbrodniczej polityce w takim samym stopniu jak rządzący decydenci bogatych państw.

- A co z azjatyckimi tygrysami, przykładami triumfu liberalizacji?

- Chyba żartujesz. Tajwan i Korea Południowa zbudowały swój chwilowy boom gospodarczy na funduszach rządowych, subsydiach i ogromnych nakładach na infrastrukturę. Są w dalszym ciągu mocno chronione przed konkurencją zagraniczną. Obecnie łatwo zauważyć kryzys krajów, które zredukowały poziom biedy poprzez wzrost gospodarczy. Często zresztą wzrost ów widoczny był tylko w liczbach. Chiny, Wietnam, Indie czy Mozambik - wszystkie miały w okresie swego gospodarczego awansu niewyobrażalnie wysoki poziom interwencjonizmu, co kamuflowano pod hasłem wspierania rodzimych sektorów. Później zostały zmuszone do gwałtownego zniesienia subsydiów. Wskaźniki - wraz z rodzimymi branżami - sięgnęły dna.

- Ktoś jednak na tym skorzystał. To działania zbrodnicze, gorsze niż wojna, bo tej przynajmniej wszyscy są świadomi. A co z polskim przykładem?

- No właśnie. Działania wykańczające gospodarki krajów biedniejszych polegają na uzależnianiu ich w trakcie rozwoju nie tylko od ekonomii, ale i polityki państw bogatych. W krajach rozwijających się w ten sposób liberalizacja handlu wprowadzona na siłę skończyła się uzależnieniem rynku wewnętrznego od masowego i importu. Obecnie wskaźniki ekonomiczne tych i krajów są fatalne i nikt nie wie, jak, nawet; sztucznie, je poprawić.

- To chyba niemożliwe przy zachowaniu światowego ekonomicznego status quo?

- Też tak myślę. Co ciekawe, poziom biedy w tych krajach nigdy nie spadł. Na przykład w Meksyku w ciągu 10 lat transformacji liczba nędzarzy zwiększyła się o 14 min. To makabryczne dane. W tych krajach zyski zanotowały jedynie wielkie korporacje. Pamiętaj, że bezwarunkowa liberalizacja handlu jest częścią umowy pożyczkowej. Ta ortodoksja służy tylko bogatym. To łatwy zysk. Ostatecznie lokowany, oczywiście, w krajach rozwiniętych.

- Kiedyś to się musi skończyć.

- Skończy się, gdy zabraknie biednych krajów do "rozwijania". Liczba takich krajów nie jest przecież nieskończona, to nie jest niewyczerpalne źródło. Wtedy pompa przestanie działać. Ale z tym problemem spotkają się już twoje dzieci albo wnuki. I pewnie na to liczą dzisiejsi decydenci.

- W końcu ten system wykańczania biedoty ma dopiero pół wieku. Może uda nam się jeszcze pobawić przez następne pół wieku?

- Może. Jest takie hinduskie przysłowie, które mówi, że dopiero jak umrze ostatnie drzewo, ryba i wyschnie ostatnie źródło, ludzie zdadzą sobie sprawę, że nie da się jeść pieniędzy.

Rozmawiała IZA KOSMALA

Źródło: "NIE"


Strona opracowana dla rozdzielczości 1024 x 768
Copyright 2004 "Wiktor Zajkiewicz"

Design by: Miłak Michał
606-738-514